Seven 🎔
Jesień powoli dobiegała końca, a więc nadchodziła pora roku której Riven nie cierpiał. Nie tylko dlatego, że przestawał biegać rano przed śniadaniem przy pobliskim jeziorze, a to że dojazd do pracy był słaby, przez co czasem musiał iść na piechotę. Nie lubił niepotrzebnie odmrażać sobie kończyn, na którym mu zależało.
W takich momentach, zazdrościł ludziom z autami. Mogli w miarę bezpiecznie dostać się do pracy i do domu, w dodatku siedząc w miękkim fotelu, w ciepłym w dodatku. Riven jednak nie mógł ciągle narzekać na życie, kiedyś musiało mu się to znudzić na dobre.
Dziś Riven wstał o wiele wcześniej z łóżka. Był czwartek a więc chciał w spokoju dotrzeć do pracy, jeszcze mając nadzieję, że to wszystko mu się śni, i że ten biały, zimny puch za oknem to tylko chmura, i być może mu się to przewidziało. Jednak żył w rzeczywistości i musiał przezwyciężyć swoją niechęć do śniegu i wszystkiego co za nim szło. Zjadł śniadanie jak zwykle, ale bez porannego treningu, co powodowało u niego dziwne spowolnienie ruchów.
Siedząc przy stole wpatrywał się w zaśnieżone czubku wysokich choinek za oknem, które jeszcze zdołał dostrzec. Może i widoki miał fajnie z okna, ale o wiele lepszy były przy zachodach słońca w lato, niż w zimę. Na poddaszu pomieszczenia szybciej się wyziębiony, co dość często prowadziło do przeziębienia Rivena. Jednak dziś ubrał się cieplej i mógł w pełni wyjść z domu. Założył czapkę z pomponem na głowę, zapiął porządnie kurtkę i zawinął szalik wokół szyi, po czym założył torbę na ramię i wyszedł z domu. Wyszedł z osiedla i zaczął iść poboczem, zmierzając do miasta. Czekała go długa droga aczkolwiek starał się nie myśleć ile kilometrów musi pokonać by dostać się do pracy.
Szedł poboczem, unikając tym samym spotkań z jakimkolwiek samochodem, nie szukał zaczepki ani podwózki – choć na to drugie w głębi duszy liczył, ale nie chciał pakować się nieznajomym do auta. Nie chciał snuć czarnych scenariuszy w głowie więc trzymał się czubka swojego nosa. Był ostrożny, musiał być bo nikt inny nie będzie uważał na niego, jak na jajko.
Jednak ktoś wysłuchał jego próśb. Riven z początku myślał że ktoś się zatrzymuje, by przyczepić się do niego, że idzie po złej stronie ulicy, ale gdy tylko odwrócił głowę dostrzegł uśmiechniętego Cody'ego. On zawsze miał na ustach uśmiech więc ciężko było go nie poznać. To był jego jakby znak rozpoznawczy.
— Czy ja dobrze widzę? Ty tutaj? Nie bolą Cię nogi? — zapytał zwalniając tempa, tym samym Riven się zatrzymał i spojrzał na niego. Lekko się uśmiechnął chowając ręce do kieszeni. Zaczynało mu się robić zimno.
— Pytasz się kogoś kto w deszczu biegał kilometry, a wilgoć się go nie ima. Co do nóg, czuję jakbym miałyby mi zaraz odmarznąć. — powiedział spoglądając za samochód, mając nadzieję, że nikt nie nadjedzie i nie zacznie trąbić jak wariat.
— W sumie racja. Podwieźć Cię? — zapytał dalej ze swoim uśmiechem, które miejscami zaczął zarażać nim ludźmi. Z Rivenem było tak właściwie zupełnie inaczej.
— Nie chcę być dla Ciebie problemem. — powiedział i spojrzał na wyświetlacz w telefonie. Za minimum pół godziny musiał znaleźć się w pracy, ale wciąż znajdował się na poboczu drogi. Cody westchnął.
— Nigdy nim nie będziesz. Wsiadaj albo sam Cię wsadzę do samochodu. No dalej, nie krępuj się. Nie dam Ci zmarznąć. Jest chyba minus dziesięć stopni... — powiedział, próbując go zachęcić do wejścia do samochodu. W końcu Riven się zgodził i wsiadł do jego samochodu. W aucie było bardzo ciepło, dzięki czemu zagrzał się o wiele szybciej.
Podczas drogi obydwoje rozmawiali ze sobą, jakby nie widzieli się przez wieki. Czasem Cody się śmiał, a czasem Riven. Chłopcy naprawdę dobrze czuli się w swoim towarzystwie, nie brakowało im tematów do rozmów. Można było powiedzieć, że ich relacja szła w zawrotnym tempie do przodu, rozwijała się zupełnie jak kwiat o poranku. Obydwoje nie chcieli się rozstawać, nawet gdy znaleźli się już w mieście. Kiedy obydwoje wysiedli z auta Cody'ego, szatyn podszedł do Rivena, objął go i przytulił. Rivena to naprawdę zaskoczyło, bo mówiąc szczerze, myślał że powiedzą sobie kilka słów na do widzenia i rozejdą się w swoje strony.
— Uważaj na siebie. Daj znać jak skończysz pracę. Przyjadę po Ciebie i odwiozę bezpiecznie do domu, dobrze? — szatyn uśmiechnął się ujmując twarz w obie dłonie. Riven przełknął ślinę i odwrócił wzrok, czuł się nieswojo, w dodatku zaczął się czerwienić, na co Cody zaczął się lekko śmiać. — W końcu widzę na twojej buzi więcej kolorów. — dodał i pożegnali się.
Riven ruszył do kawiarni, a Cody wszedł do budynku, w którym znajdował się warsztat samochodowy. Chłopak przywitał się z Raven, która ku jego zaskoczeniu była w złym humorze. Po ostatnim czasie obydwoje przeprosili siebie, jednak dziś coś nie grało i chciał wiedzieć choć raz dlaczego.
— Coś Cię trapi? Wyglądasz na zdenerwowaną...
— To nic takiego, martwię się o brata. — powiedziała i spojrzała ukradkiem na chłopaka, który miał dość zdziwioną minę. Nie miał zielonego pojęcia, że Raven ma brata.
— Coś się z nim dzieje? — zapytał spoglądając na grafik i spis aut które stoją na podjeździe.
— Nie odzywa się... Uh wiesz co? To jest o wiele dłuższa historia i nie mam zamiaru Ci jej tłumaczyć poza tym, od kiedy jesteśmy przyjaciółmi. — powiedziała lekko oburzona i zaczęła swoją pracę. Chłopak spoglądał teraz na nią i jej wyraz twarzy. Chłopakowi coś nie grało, chciał się dowiedzieć czegoś więcej ale nie chciał też na nią naciskać.
Bạn đang đọc truyện trên: Truyen3h.Co